W czerwcu, a dokładnie 20 czerwca, udałam się do Raciborza na 16. edycję Raciborskiego Festiwalu Średniowiecznego. Na początku wszystko układało się znakomicie. Podróż pociągiem minęła bardzo przyjemnie, a na stacji PKP spotkała mnie miła niespodzianka. Sympatyczny Raciborzanin, który akurat odbierał córkę, zaproponował, że chętnie podwiezie mnie na teren festiwalu. Serdecznie dziękuję. 

Początek był całkiem niezły, ale w miarę jak dzień się rozkręcał, a słońce zaczynało przypiekać, marzyłam tylko o tym, żeby jebnąć się gdzieś w cieniu i przeczekać do wieczora. Z takim nastawieniem wiedziałam już, że to nie jest mój dzień i fotograficznie nie poszaleję. Jestem w stanie działać w deszczu, śniegu czy przy pizgającym wietrze, ale gdy słońce świeci mi w czerep z taką intensywnością, po prostu zaciągam hamulec i przełączam się w tryb przetrwania.

 Jedynym ratunkiem dla mnie były manewry wojów w lesie. Z przyjemnością udałam się więc za grupą rekonstruktorów – niczym ich leśny przydupas – w głąb ostępów będących częścią Arboretum Bramy Morawskiej, aby zobaczyć ich zmagania. 

Bieganie z aparatem za wojami sprawiło mi sporo frajdy. Jednak podsumowując tę akcję fotograficznie – szału nie ma. He, he. Coś tam wybrałam z tego, co cyknęłam, ale dupy nie urywa. W sumie sceneria była fajna, więc może spróbuję w przyszłym roku… W tej całej gonitwie już pod koniec wylogowało mnie z systemu. Korzystając z krótkiej przerwy przed kolejną potyczką, zafascynowana leśnym krajobrazem, odeszłam od grupy. Przycupnęłam na pniaczku, podziwiając drzewa, i właśnie wtedy dopadł mnie kryzys po nieprzespanej nocy…Słyszałam jeszcze, że coś zaczyna się dziać, że chyba ruszają. Też miałam się zbierać, ale nagle krzyki i szczęk żelastwa ucichły… Gdy się ocknęłam, zorientowałam się, że jest już chyba po wszystkim, a woje wracają do obozu. I tak oto ominęło mnie chyba finałowe starcie. A może ja wcale nie spałam… Ha, ha, ha. Zaczarowany las! Wstałam, nie do końca rozumiejąc, co się stało i ruszyłam raźnym krokiem za wychodzącą z lasu grupą, marząc o zimnym piwie. Po całej tej akcji było ono w pełni zasłużone.

Pokręciłam się po grodzie, spotkałam tych, których miałam spotkać, po czym… wróciłam do lasu. Tak, w lesie było zdecydowanie przyjemniej – chłodno i spokojnie.

I wreszcie nadszedł bitwy czas… Choć miałam chwilę zwątpienia i przeszło mi przez łeb, żeby olać temat. Jednak myśl, że chłopaki będą się naparzać w tym palącym słońcu, a ja będę siedzieć w przyjemnych, leśnych ostępach, nie dawała mi spokoju. Ruszyłam więc w stronę palącego słońca na pobliską łąkę. I muszę przyznać, że takiej lampy, jaka tam była, to ja nawet w Wolinie nie przeżyłam. Prawdziwe piekło! Pamiętam taki obrazek: gość robi sobie okłady z leżących na polu liści kapusty, które – jak twierdził przyjemnie go chłodziły. Ha, ha. Zdjęć na bitwie zrobiłam może z pięć. Słońce świeciło z całą mocą, wokół ani skrawka cienia. Stwierdziłam: „Nieeee… Świeci mi  prosto w japę, odpuszczam”. Postanowiłam po prostu postać, popatrzeć i dotrwać do końca. W sumie przebiegu bitwy za bardzo nie pamiętam, bo skupiłam się wyłącznie na tym, żeby przetrwać to piekło. Spróbuję następnym razem, bo potencjał jest ogromny. Około trzystu wojów na sporej łące, to już jest coś. Wielki szacun dla walczących rekonstruktorów za wytrwałość w tym piekielnym dniu.

Warto wspomnieć o grodzie, który jest ciągle rozbudowywany. Inwestycja powstaje etapami od 2014 roku. Sam majdan grodu z zabudowaniami otoczony palisadą z główną bramą z basztą nie jest duży. Nie biorę oczywiście pod uwagę terenów przylegających. Według oficjalnych źródeł cały kompleks zajmuje obszar 6 ha. W środku główna chata wykonana w konstrukcji międzysłupowej. I mniejsze chaty rzemieślnicze: wiedunki, jarla, myśliwska, garncarza i wikliniarza. A to jeszcze nie koniec, ponieważ w planach jest budowa kolejnych. Do tego dochodzi karczma i dwuspadowa wiata. Fajnie było posiedzieć przy tych chatkach i poczuć klimat tego miejsca. Sympatyczna rozmowa z Piotrem z Fundacji „Raciborski Gród Średniowieczny” rzuciła trochę światła na proces powstawania grodu. Piotr to człowiek z ogromną pasją i sercem do tej roboty! Warto podkreślić, że wstęp na teren obiektu jest całkowicie bezpłatny – dotyczy to zarówno festiwalu, jak i indywidualnego zwiedzania poza sezonem festiwalowym. Miejsce to wywarło na mnie wyjątkowo pozytywne wrażenie. Od pierwszych chwil czuć, że gród tworzą prawdziwi pasjonaci, którzy wkładają w jego rozwój całe swoje serce. Wielkie brawa dla Drengów znad Górnej Odry I Fundacji „Raciborski Gród Średniowieczny”. 

Można wesprzeć rozbudowę grodu przekazując 1,5% swojego podatku na rzec fundacji. Szczegóły na raciborskigrod.com

I wreszcie ogromne obozowisko rekonstruktorów przylegające do grodu. Tętniło ono obozowym gwarem, wznosił się nad nim dym i unosił zapach przyrządzanych potraw. Jeden obrazek szczególnie przykuł moją uwagę: wracający z pobliskiego basenu wojowie. Kojarzę ich twarze z różnych bitew i zazwyczaj oglądam przez obiektyw podczas walk w pełnym uzbrojeniu, a tymczasem tutaj szli w samych gaciach. Była to, nie ukrywam, dość nietypowa dla mnie sceneria. Normalnie nie zwróciłabym uwagi na facetów wracających z kąpieli, ale ta sytuacja była wyjątkowa. Zestawienie tego, co zwykle rejestruję, z tym basenowym widokiem wydało mi się po prostu zabawne. Lato, lato, ach to ty. Ha, ha. Podczas tego okrutnego skwaru basen był prawdziwym wybawieniem.

Ten festiwal ma ogromny potencjał i już teraz jest największym wydarzeniem wczesnośredniowiecznym na południu Polski. Mocno mu kibicuję i mam nadzieję, że stanie się taką żywą legendą jak festiwal w Wolinie – a może już nią jest… 🤔

Z taką grupą pasjonatów to musi się udać. Następnym razem ja też dam z siebie więcej, bo festiwal w Raciborzu w pełni zasługuje na to, by przedstawić go jak należy. Oby tylko nie było aż tak upalnie! 😆